Świat zawsze zdawał mi się być czymś potężnym. Niezwykła siłą, która utrzymuje równowagę, oddziela to co dobre od zła. Na wspomnienie o tym jedynie parsknąłem cichym śmiechem pamiętając swoją naiwność.
Bzdura.
Kroczyłem śnieżnobiałym korytarzem. Już idąc nim od razu wyczuć można było zapach chemikaliów, unoszący się w powietrzu. Było tam tak głucho i spokojnie...Kroki stawiane przeze mnie w tej całkowitej ciszy, bez problemu niosło echo. Mimo płaszcza dokładnie otulającego moje ciało wcale nie było mi za gorąco, choć szczerze powiedziawszy nie zwracałem uwagi na temperaturę powietrza. Szedłem przed siebie jeszcze dłuższy moment nie spostrzegając nikogo. Na korytarzy byłem jedynie ja i ciążąca na moich barkach broń. W końcu dotarłem do celu mej podróży, upragnionych drzwi. Nie różniły się niczym od innych, były tego samego odcienia co ściany i podobnie jak pozostałe były wykonane ze stali. Położyłem swą dłoń na klamce, od razu czując jej chłód na skórze. Następnie wykonałem krótki ruch przypominający szarpnięcie. Beż żadnego uprzedzenia wkroczyłem do pomieszczenia. Słysząc to kobieta stojąca przy biurku tonącym w papierach podniosła wzrok. Oczy, do złudzenia przypominające dwa, maleńkie szafiry, spojrzały na mnie zza szkieł umocowanych w czarnych oprawkach. Jej włosy upięte były w niechlujny kok, który rozpadał się w praktycznie każdej strony. Nikt jednak nie zwracał na to uwagi, przybrały na tyle jasny odcień by zlewać się z białym tłem. Po chwili przypatrywania się mi wyszła zza mebla ukazując długi fartuch, który miała na sobie. Pozornie wyglądała jak gdyby jedynie udawała mądrą.
Jak znalazła się w takim miejscu?
Młoda kobieta przez chwilę zapatrzyła się w moją twarz. Dostrzegając to poprawiłem grzywkę, aby upewnić się czy zasłania miejsce które chciałbym ukryć. Mimo tego, że od zawsze przygląda mi się w ten sposób, wyrobiłem sobie nawyk uporczywego zakrywania mojej słabości. Parę kolejnych sekund ciągnęło się w nieskończoność. Na moje szczęście Kasiddy, bo tak miała na imię o głowę niższa osoba stojąca przede mną, otwarła swoje lekko brzoskwiniowe usta.
- Masz to? - zapytała mocnym, srogim głosem, zupełnie nie pasującym do jej niepozornego, nieśmiałego wyglądu. Nie miała zamiaru ukrywać jej pytania pod zwykłą rozmową. Jeśli czegoś chciała, mówiła od razu, wprost.
To cała ona.
Skinąłem spokojnie głową. Następnie wsunąłem dłoń do jednej z naprawdę głębokich kieszeni mojego płaszczu. Przez chwilę szukałem dzięki zmysłu dotyku rzeczy o której wspominała kobieta, a co ważniejsze jej zawartości. W końcu poczułem zimno wywołane osunięciem się o szkło. Chwyciłem przedmiot i ukazałem go kobiecie. W szczelnie zamkniętej fiolce znajdowała się płynna maź o jednym z odblaskowych odcieni zielonego. Za każdym razem zdawała się poruszać, mimo braku potencjalnego źródła tego zjawiska. Kasiddy wyrwała trzymaną przeze mnie rzecz oraz wróciła z nią do biurka. Od razu zaczęła dokładnie się jej przyglądać, jak gdyby nie mogła stracić ani jeden sekundy. I tak w tym momencie nie było już nic do stracenia. Obróciwszy się na pięcie skierowałem się w stronę wyjście.
- Zaczekaj - zatrzymał mnie głos. Odwróciłem jedynie głowę w stronę kobiety wymieniającej swoje okulary na specjalne gogle. Ta oderwała się na chwilę od oględzin mazi i ponownie skierowała swoje oczy na moją twarz - Chciał Cię widzieć, nie mam pojęcia dlaczego - dodała wzruszając ramionami. Przywykłem do tego, że nigdy nie precyzowała swoich zdań. Bynajmniej nie wtedy gdy była czymś zajęta. Ja za to świetnie rozumiałem o co jej chodzi. Z niewzruszoną twarzą opuściłem pokój.
Czego znów ode mnie chce?
Czasu na zastanowienie się nie miałem wiele. Nagle moje ciało przeszły dreszcze oraz dziwne uczucie niepokoju. Byłem przekonany - coś było zdecydowanie nie tak jak być powinno. Szybkim, nieufnym spojrzeniem oglądnąłem wszystkie ściany. Od razu jedna z nich przykuła moją uwagę. Na tynku pojawiła się linia, biegnąca wzdłuż niej. Było to pęknięcie, ale nie mogło powstać bez żadnego powodu.
W dodatku te wibracje...
Nim się spostrzegłem drobna część farby, a po chwili i tynku nią pomalowanego, zaczęły odpadać. Cała ziemia drżała. Nie było co długo się zastanawiać. Draganie ziemi stało się coraz bardziej uciążliwe. Pędem rzuciłem się do pomieszczenia w którym jeszcze przed chwilą się znajdowałem. Gdy jednak znalazłem się w środku nie mogłem, a raczej nie chciałem wierzyć w to co widzę.
Nie, to się nie stało.
Sterty papierów jeszcze przed chwilą znajdujące się na drewnianym meblu tarzały się po ziemi, a samo biurko także odwrócone na bok przeważyło się i opadło na bok. Pośród całego tego chaosu i nieporządku na ziemi leżała nikomu nic niewinna kobieta, zupełnie sparaliżowana, jedynie co parę sekund drgająca z bólu. Obok niej znajdowało się szkło pozostałe po rozbitej fiolce. Zielona ciesz płynęła po podłodze oraz dłoni kobiety.
Powiedzcie, że to jedynie sen.
Podbiegłem do blondynki która opadła na ziemię. Otworzyła usta aby coś powiedzieć - nie dała jednak rady. Jej ciało było kompletnie sparaliżowane. Oczywistym sprawcą była lekko świecąca się, zielonkawa maź, czy jak kto woli - zwykła zabijająca zaraz. Od razu wiedziałem, że już wszystko stracone, wiedziałem co dzieje się z jej organizmem. Wszystkie narządy zaczęły powolne zatrzymywanie się. Było tak w każdym przypadku, osoba zakażona umierała w przeciągu 48 godzin, przeżywając tortury. Zacisnąłem pięści dalej spoglądając na kobietę. Wszelkie wyparcia całej tej sytuacji z umysłu w końcu ustąpiły. Teraz byłem przekonany, to nie mógł być sen. Wszystko co widziałem działo się naprawdę.
Kas, dlaczego akurat ty?
- Proszę... - usłyszałem cichy, niewyraźny głos. Ten sam głos zawsze karcący mnie srogością za błędy. Jego obecna barwa była dla mnie zupełnie obca. Świetnie wiedziałem o co jej chodziło. Cierpiała, można to było dosłyszeć w jej głosie, wzroku oraz całym ruchu ciała. Skinąłem z żalem głową, dobrze wiedząc, że wykonuję ten gest gdy na mnie patrzy po raz ostatni. Szybkim ruchem zasięgnąłem po moją dłoń.
Nie, nie rób tego.
Odbezpieczyłem karabin snajperski oraz wycelowałem go w miejsce, dzięki któremu jeden strzał wszystko zakończy. Wiedziałem, że to konieczne, a mimo to moje dłonie drżały zupełnie tak jak wszystko wokół. Nie było to przez trzęsienie ziemi które wystąpiło - bałem się co dalej. Nie potrafiłem się skupić na tym co powinienem zrobić. Lufa mojej broni ruszała się na równi z niespokojnymi ruchami moich rąk.
Przestań, przecież nie chcesz.
-Kira... - po raz kolejny zaskoczył mnie głos kobiety. Kira, tak dawno nikt się do mnie w ten sposób nie zwrócił. Wtedy jednak nie mogłem o tym myśleć. Już w tym momencie pociągnąłem za spust, a pocisk przeciął bezdźwięcznie powietrze. Sekundę przed spotkaniem się z ciałem kobiety doszło do mnie jej ostatnie słowo. Słowo, które do końca przekonało mnie o tym co się stało, a także zmusiło moje mięśnie do nieposłuszeństwa i opadnięcia na kolana. Zwykły, prosty, tak często słyszany wyraz, a jednak zadający tak dużo bólu w zaistniałej sytuacji. Po mojej twarzy spłynęła jedna, zimna łza.
Tak Kasiddy...Żegnaj.